Paweł Sołtys, Monolok, Wołowiec, Wydawnictwo
Czarne, 2026.
Sołtys u fryzjera
Współczesny świat wyparł z obiegu
wiele profesji. Możemy oprócz skansenów zwiedzać wioski/miasteczka ginących
zawodów, rozsianych po różnych zakątkach kraju i patrzeć, jak „fach w ręku”
drzewiej wyglądał. I dobrze, niech zostaną w pamięci takie zajęcia, jak kowal,
garncarz, zdun, bednarz, tkacz, introligator, czapnik, kaletnik, ludwisarz czy
szewc... A i rozwój sztucznej inteligencji
i powszechnej automatyzacji wróży podobno rychłą zagładę wielu zawodów
ze świata administracji, bankowości, edukacji czy nauki. Ale zawód fryzjera ma
się dobrze, przetrwał próbę czasu, a nawet bardzo się rozwija, wszak odwiedzamy
już nie cyrulika upuszczającego krew przy okazji postrzyżyn, golibrodę, czy
balwierza, ale salony, w których przyjmie nas stylista fryzur, barber, fryzjer
damsko-męski, nagradzany w międzynarodowych konkursach, z dyplomami wiszącymi
ciasno na ścianach zakładu. A zwykłe, jak dotąd nożyczki i brzytwy wyglądają, jak wysokiej klasy narzędzia
chirurgiczne, ułożone pod podświetlanym lustrem wśród drogich i obłędnie
pachnących środków kosmetycznych. Fryzjer, zawód tyleż wyjątkowy, co
powszechny, gdy wziąć pod uwagę współczesne społeczeństwo, dla którego wygląd
zewnętrzny ma ogromne i niesłabnące
znaczenie. W zasadzie każda grupa wiekowa korzysta z usług „mistrzów
nożyczek” regularnie.