Paweł Sołtys, Monolok, Wołowiec, Wydawnictwo
Czarne, 2026.
Sołtys u fryzjera
Współczesny świat wyparł z obiegu wiele profesji. Możemy oprócz skansenów zwiedzać wioski/miasteczka ginących zawodów, rozsianych po różnych zakątkach kraju i patrzeć, jak „fach w ręku” drzewiej wyglądał. I dobrze, niech zostaną w pamięci takie zajęcia, jak kowal, garncarz, zdun, bednarz, tkacz, introligator, czapnik, kaletnik, ludwisarz czy szewc... A i rozwój sztucznej inteligencji i powszechnej automatyzacji wróży podobno rychłą zagładę wielu zawodów ze świata administracji, bankowości, edukacji czy nauki. Ale zawód fryzjera ma się dobrze, przetrwał próbę czasu, a nawet bardzo się rozwija, wszak odwiedzamy już nie cyrulika upuszczającego krew przy okazji postrzyżyn, golibrodę, czy balwierza, ale salony, w których przyjmie nas stylista fryzur, barber, fryzjer damsko-męski, nagradzany w międzynarodowych konkursach, z dyplomami wiszącymi ciasno na ścianach zakładu. A zwykłe, jak dotąd nożyczki i brzytwy wyglądają, jak wysokiej klasy narzędzia chirurgiczne, ułożone pod podświetlanym lustrem wśród drogich i obłędnie pachnących środków kosmetycznych. Fryzjer, zawód tyleż wyjątkowy, co powszechny, gdy wziąć pod uwagę współczesne społeczeństwo, dla którego wygląd zewnętrzny ma ogromne i niesłabnące znaczenie. W zasadzie każda grupa wiekowa korzysta z usług „mistrzów nożyczek” regularnie.
W literaturze,
filmie, sztuce fryzjerzy są obecni. Mają swoje istotne miejsce. Bywają zwykłymi
rzemieślnikami, lub przeciwnie, powiernikami mającymi klucz do niejednej duszy.
Przypomnijmy słynny, a nawet nieco kontrowersyjny wiersz Stanisława Grochowiaka
pt. Fryzjer albo Trzy wiersze o fryzjerze Juliana Tuwima. Konstanty Ildefons Gałczyński napisał wiersz Cyrulik jesienny, choć związek treści
wiersza z zawodem fryzjera jest raczej luźny, warty jednak odnotowania. Inaczej
jest u Ludwika Jerzego Kerna, w którego zapamiętanym z dzieciństwa wierszu Dwa jeże relacja fryzjer–klient jest
bardzo realistyczna. Wyrazistą postać fryzjera, i to z Warszawy, znajdziemy też
u Leopolda Tyrmanda w powieści Zły. Choć
ma na imię Antoni Karol, wszyscy nazywają go Mefistofelesem.
X Muza również lubi fryzjerskie motywy, zawód ten jest obecny w kinie od
dawna. Przypomnijmy film, a raczej komedię pomyłek, z brawurową rolą Adolfa
Dymszy Sportowiec mimo woli (w
reżyserii Mieczysława Krawicza z roku 1939),
w którym Jerzy Piątek – hokeista, w tej roli przedwojenny amant kinowy Aleksander
Żabczyński, mówi: Są takie chwile w życiu
fryzjera, że jest szczęśliwy , że jest fryzjerem.
Inny film pt. Chciałbym się ogolić,
choć krótki i w konwencji makabreski, ale kręcony został w autentycznym wnętrzu
zakładu fryzjerskiego, z niepowtarzalną rolą Zdzisława Maklakiewicza i Ignacego
Gogolewskiego. Z lat 80. XX wieku wnętrze warszawskiego zakładu fryzjerskiego
zobaczymy w krótkim ujęciu, w czwartym odcinku serialu Jan Serce (pt. Pieszczoty),
gdy piękna fryzjerka Halina, grana przez Ewę Szykulską, odbiera telefon od Jana
Serce, czyli niezapomnianego w tej roli Kazimierza Kaczora. Zresztą serial ten
pojawia się w narracji głównego bohatera powieści Monolok, obok serialu Polskie
drogi, jakoby zwykły chłop, kanalarz
bez farta w miłości okazał się bardziej szlachetnym człowiekiem, niż
niejeden bardziej znany i ceniony protagonista w literaturze XX wieku i postać
w polskim kinie. Może jeszcze Kuraś z Polskich
dróg, którego kreował ten sam aktor, Kazimierz Kaczor?
A kim jest bohater powieści Monolok? Fryzjerem z warszawskiego
Grochowa. Urodził się w 1940 roku na Woli, szybko stracił rodziców. Ojca w
trzecim dniu Powstania Warszawskiego, a matka zagubiła się w drodze do obozu
przesiedleńczego w Pruszkowie.
(...) śmierci nie ma, i tę moją mamę i tatę
miałem ze sobą, tylko byli daleko, może w Anglii, może w Rosji, i cholera,
okruchy ich gestów, pogłaskanie, zmierzwienie włosów, buziak przed snem, ja
sobie odtwarzałem. Może dlatego inny trochę byłem?
Doświadczenia wojny i ludzie, których spotkał, z pewnością mieli wpływ na
to, że nasz bohater jest bardzo wrażliwym człowiekiem, wrażliwym na los ludzi,
którzy w jego życiu się pojawiali, i to
głównie o nich opowiada... A poza tym, wiadomo nie od dziś, że „u fryzjera”
język się rozwiązuje, i niejedną nasz bohater historię usłyszał. Okoliczności
sprzyjają, nie, nie plotkowaniu, ale właśnie dzieleniu się różnymi sprawami,
których w innych okolicznościach się nie opowiada.
Poznajemy m.in. historie Siekierskiego, któremu zabito psa,
garbusa-epileptyka, który wygrał międzynarodowy konkurs, Andrzejczaka –
listonosza, Marty od pioruna, Detektywki- kociary, inżyniera Sankoskiego „bez
wu”, no i jak by inaczej, warszawskiego gołębiarza Moreszczaka... Podążamy
ulicami Warszawy, zaglądamy do mieszkań, rozmawiamy z konkretnymi ludźmi w
konkretnym czasie. Jesteśmy na ul. Prochowej, zaglądamy na Mycielskiego,
Kickiego, na Chomiczówkę, Wolę, Śródmieście, Grochów... Czujemy puls krwi
naszego bohatera, który w zależności od poziomu emocji przyspiesza bądź
zwalnia. I słuchamy refleksji, przemyśleń, konfrontujemy z własnym
doświadczeniem, na ogół zgadzając się z pointami, które wygłasza. Opowieść
przeskakuje z tematu na temat, dokładnie tak, jak to bywa w okolicznościach,
gdy pozwalamy komuś mówić, pozwalamy na snucie opowieści o życiu, bez potrzeby
jej kontrolowania, niezobowiązująco, ponieważ zaraz strzyżenie i układanie
fryzury się skończy, wyjdziemy z zakładu i pójdziemy do swoich spraw. Opowieść,
opowiadanie, gawęda, ballada, a nawet baśń, bo nie wiemy, kiedy fakty
przechodzą w konfabulacje, domysły i
przypuszczenia...
Chciałoby się powiedzieć, że Paweł Sołtys, obok przypominania nam o
świecie, który minął, o charakterystycznych dla niego rzeczach, przedmiotach,
jak „dżinsy z Odry” czy „grzywa a la Beata Kozidrak”, mówi, że między nami –
ludźmi – najważniejsza jest rozmowa, spotkanie, to że można do kogoś
powiedzieć: a pamiętasz...? Fryzjer, czy
ktokolwiek inny, istotne jest porozumienie, ot nawet takie niezobowiązujące, a
często nawet bardziej, gdy zmagamy się z sytuacjami, o których łatwiej opowiedzieć
komuś obcemu, przedstawiając li tylko nasz punkt widzenia.
Tak to sobie wyobrażam, Paweł Sołtys
siadał kiedyś na fryzjerskim fotelu, gdzieś na Grochowie, a może nawet w
budynku „Uniwersamu” i, wdając się w niewinną męską pogawędkę, usłyszał
niejedną opowieść, która nie mogła ulec zapomnieniu, bowiem to są
wszystko takie rzeczy, panie, co się w nie wierzy. Jakby ktoś książkę w życie
przepisał. (s.5)
Dedykacja „zdobyta” na
koncercie Pablopavo w Bydgoszczy, w dniu
20 lutego 2026 r. w MOK-u. Gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział, Paweł Sołtys
pisarz, to ta sama osoba, co wokalista zespołu „Pablopavo i Ludziki”. A poza
tym w powieści Monolok Bydgoszcz
pojawia się w trzech miejscach, na stronach 6, 38 i 44. Czy to nie wystarczy,
by powiedzieć, że jest to powieść bydgosko-warszawska? Proszę to sprawdzić.
Koniecznie!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz